Theme by Kran

poniedziałek, 12 października 2015

#1 — Cios prosto w...

Wrzesień wydawał się zaledwie jednym mrugnięciem, więc kiedy zmieniałem kartkę w kalendarzu, nie wierzyłem własnym oczom. Zdjęcie słonecznego nieba zastąpił jesienny, leśny krajobraz: wysokie drzewa o złotych i brązowych liściach. Przyglądałem się chwilę fotografii, po czym odwiesiłem plik kartek na haczyk przy drzwiach.
Przeszedłem kilka kroków i stanąłem przed dużym lustrem, które wieńczyło całą szafę. Niektórzy zastanawiali się, do czego facetowi potrzebne jest tak wielkie lustro, przecież nie do tego, aby się oglądać, ale jako że odziedziczyłem meble po starszej siostrze, nie chciałem narzekać. Poza tym wszystko ma swoje plusy. Gorzej, że z lustrem przychodziły mi na myśl same zbereźne rzeczy.
Przetarłem zaspane oczy, stwierdzając, że nie wyglądam aż tak źle z porannym zarostem i że wcale nie muszę się golić. Po krótkiej chwili doszedłem nawet do wniosku, iż jawię się bardziej męsko niż zwykle. Dlatego też narzuciłem na siebie pierwszą lepszą koszulkę, która nie śmierdziała, a następnie wsunąłem spodnie wybrane podobnym sposobem, bez większej dbałości o dobór i piękno. Potem – wciąż na boso, bo kto by się przejmował wkładaniem skarpetek z samego rana – podreptałem do kuchni, skąd dochodził dźwięk obijanych o talerze sztućców.
Lubiłem czwartki. I to nie tylko ze względu na mniejszą ilość lekcji, lecz na pyszne śniadanie, które przyrządzała mama. To właśnie w te dni mogła stawić się później w pracy o godzinę później, więc przygotowywała naleśniki rodem z amerykańskiego filmu o nastolatkach. Brakowało tylko sosu klonowego oraz masła orzechowego. W słoiczku stał jednak dżem truskawkowy własnego wyrobu.
Nieduże pomieszczenie potrafiło pomieścić całą naszą sześcioosobową rodzinkę. Meble wykonane z jasnego drewna ustawiono niezwykle ciasno, dzięki czemu swobodne poruszanie się nie stanowiło większego problemu. Mama przemykała między krzesłami niczym łyżwiarka figurowa, przebierając krótkimi nóżkami na dystansie, jaki dzielił ją od kuchenki do lodówki i ani razu się nie przewróciła! Oczywiście nie zabrakło też najlepszego przyjaciela głodnego nastolatka, czyli mikrofali, która wieńczyła zaszczytne miejsce na jednej z kuchennych szafek, tuż obok chlebaka.
Za stołem siedziała już moja siostra bliźniaczka – Monika. Swoje długie, kręcone i ciemne niczym owoce kasztanowca włosy związała w wysoki kuc i zajadała, przesuwając palcem po ekranie telefonu. Długi, wąski nos rzucał cień na talerz. Podniosła na chwilę jasnoniebieskie oczy, aby sprawdzić, kto zaszczycił kuchnię obecnością, ale na mój widok opuściła wzrok.
Miłość rodzeństwa bywa trudna.
— Cześć, mamo — rzuciłem, zwinnie siadając na drewnianym krzesełku. Nalałem mleka do szklanki, nałożyłem sobie naleśników na talerzyk, po czym odezwałem się z pełną buzią: —Anefa jeszcze nie fstafa?
— Jest już dawno po śniadaniu — oznajmiła mama, odwracając się. Jej ciepłe, brązowe oczy patrzyły z lekkim uśmiechem. — Tylko ty w tym domu wstajesz piętnaście minut przed wyjazdem do szkoły.
— Bo ja zawsze wyglądam dobrze i nie muszę się stroić — odparłem, przełykając. Posłałem jej „olśniewający uśmiech”.
— Jedz szybko i umyj zęby, bo masz coś między jedynkami — przytknęła mama, wracając do gotowania.
Oblizałem usta, aby pozbyć się dżemu z kącików ust.
Oczywiście wyszykowałem się na czas. To znaczy, jeśli za „na czas” uznaje się pięć minut później niż wszyscy. Źle oceniłem swoją twarz i zanim wyszorowałem swoje piękne kły, chwyciłem maszynkę i szybko się ogoliłem. Koniec końców zaciąłem się pod dolną wargą i piekło jak cholera.
Usiadłem z przodu obok brata – rudzielca Artura, który czuprynę odziedziczył po ojcu. Oczy za to miał po mamie i czasami mu tego zazdrościłem. Te nasze, moje i Moniki, wydawały się czasem puste i bez wyrazu, jakby ktoś wyssał z nich wszelkie emocje. Za to w brązowych ślepiach Artura zawsze czaiła się nutka arogancji.
Mój starszy brat liczył sobie aż dwadzieścia sześć lat i czasami zastanawiałem się, dlaczego rodzice pomyśleli o drugim dziecku. Nie chciałem nazywać siebie wpadką, bo znałem swoich rodziców. Oni zawsze wszystko musieli przemyśleć. I to dwa razy! Wmawiałem sobie, że po prostu mamie ponownie zachciało się urlopu macierzyńskiego, bo wątpiłem, aby marzyła o nieprzespanych nocach. Tym bardziej, gdy Artur potrafił narobić niezłego rabanu o trzeciej rano.
Z tyłu rozsiadły się moje kochane siostrzyczki – Monika i Aneta. Ta druga, młodsza, liczyła sobie zaledwie siedem lat i od miesiąca uczęszczała do drugiej klasy podstawówki. Przyznam szczerze – bo z ręką na sercu – że rodzicom to właśnie ona udała się najbardziej. Rudowłosa, z loczkami i ciemnymi oczami. A te dziecięce rumieńce dodawały małej takiego uroku, że czasami bałem się puszczać ją na plac zabaw przy sąsiednim bloku, co by nie zauważył jej żaden pedofil. Czułem się odpowiedzialny za tego brzdąca. Przez całe przedszkole wstawałem wcześniej, aby być gotowym do odprowadzania Anetki, wiązania butów, podtrzymywania jej na duchu, kiedy nie chciała iść do sali, bo „koleżanki dokuczały”.
— Szymek, masz pastę na policzku — odezwała się mała, kiedy odwróciłem się, aby popatrzeć na rumiane pućki.
— To mój nowy znak rozpoznawczy — odparłem, jednak przejechałem dłonią po policzku, ścierając zieloną maź. — Jakie masz dzisiaj lekcje?
Znałem plan lekcji Anety na pamięć, mimo to pytałem za każdym razem. Lubiła mówić o szkole, o zajęciach, o kolegach i koleżankach, o obiadach na stołówce, o pani z biblioteki. Cieszył ją fakt, że kogoś interesuje, co robi, z kim się zadaje, jak się miewa.
— Idziemy dzisiaj do parku zbierać liście na bukiety! — zaświergotała. — Pani powiedziała, że ten, kto zrobi największy, dostanie szóstkę! Zobaczysz, że mój będzie najpiękniejszy!
Ciemne oczka rozbłysły najszczerszym szczęściem i podekscytowaniem, jakie tylko istnieje na świecie – tym dziecięcym czystym.
— Nie śmiem wątpić. — Uśmiechnąłem się do rudzielca, po czym nachyliłem, by poczochrać te przekochane loczki. — Musisz to zrobić, dla mnie.

##

Nasza szkoła przypominała wyglądem większość szkół. Była duża, w dwóch odcieniach zieleni, a gdy patrzyło się na wschodnią i zachodnią ścianę, widziało się olbrzymi napis ZSE odbijający się ciemniejszym odcieniem. O ile nauczyciele swobodnie wchodzili wejściem służbowym, tak nam, szarym uczniom, przysługiwało drugie, prowadzące prosto do ulokowanej niżej szatni. To właśnie tam zmieniłem buty (musiały mieć białą podeszwę) oraz przypiąłem do bluzki identyfikator.
Nasza szkoła praktykowała identyfikację uczniów za pomocą dziwnych plakietek z imieniem, nazwiskiem oraz nazwą profilu. Dlatego też pozostanie anonimowym wśród tych grubych murów jawiło się niewykonalnym. Bez identyfikatora nie wpuszczano do klasy; w przypadku gdy ktoś swojego zapomniał, musiał udawać się do sekretariatu, aby wykupić zastępczy. Różowy.
Już wyminąłem dyżurującą sorkę, już powoli wdrapywałem się po schodach, kiedy coś (bo „kimś” bym tego wówczas nie nazwał) mnie powstrzymało.
— Szymek, ty gnido! — Niewielka istota o jasnych, długich włosach wymierzyła niemal idealny cios zwiniętym zeszytem w moją głowę. Syknąłem z bólu, natychmiast łapiąc się za obolałe miejsce. — Nie przyszedłeś na spotkanie przed jutrzejszym wyścigiem!
Popatrzyłem zdezorientowany na twarz Kasi, mojej przyjaciółki z równoległej klasy, jednej z organizatorek najbliższego biegu na orientację, który miał się odbyć w piątek, drugiego października. Ułożywszy swe drobne dłonie na biodrach, blondynka łypała na mnie spode łba niczym rozwścieczone zwierzątko.
— No przepraszam, zapomniało mi się — powiedziałem z pokorą w głosie, czując się przy niej jak krasnoludek, chociaż to ona ledwo sięgała mi ramienia. — Poza tym co dałoby mi to spotkanie? I tak wygram ten przeklęty bieg — dodałem.
— Twoja przeklęta pewność siebie w końcu cię zgubi, młody. — Przewróciła oczami. Miała pełne prawo do nazywanie mnie „młodym”, ponieważ była dwie klasy wyżej. — Zwiastuję, że tym razem to Karolina pierwsza pojawi się na mecie.
Uniosłem brew. Karolinę znał chyba każdy, kto choć raz brał udział w biegach. Z trzech międzyrzeckich szkół to ona zwykle zajmowała pierwsze miejsce. No, chyba że pojawiałem się ja, wtedy spadała na drugie. Jednak przez pierwszy rok stanowiła mur nie do pokonania, zaczęły się nawet tworzyć legendy i dziwne historyjki na jej temat. W rzeczywistości jednak była całkiem w porządku dziewczyną. No i dobrą rywalką, o lepszej nawet nie dało się marzyć.
— Jeszcze ani razu z nią nie przegrałem — zauważyłem, kierując się schodami na górę. Kasia podreptała za mną.
— Mówi się, że podczas wakacji biegała po włoskich górach, hartując kondycję. Jak zobaczyłam ją dzisiaj na spotkaniu, uśmiechała się śmielej niż zwykle. I ścięła włosy. — Na ostatnią informację nieco się skrzywiła. Kasia zawsze tępiła dziewczęta, które wyrzekały się długich pasm na rzecz krótkich, męskich i o wiele wygodniejszych fryzur. — Ale mniejsza o to. Naprawdę powinieneś zacząć się martwić.
— Tak, tak. — Machnąłem ręką, pokazując, jak bardzo mnie to obchodzi. — Kaśka, nie musisz się bać, że stracę renomę. Nawet jeśli trenowała, to las w Horodku znam jak własną kieszeń. Nie ma mowy, by wyprzedziła mnie na m o i m terenie, dobrze o tym wiesz.
— Po prostu chcę w ciebie wierzyć — mruknęła. — Ale twoje lekceważące podejście mi na to nie pozwala.
— Nie zamartwiaj się tym, słońce. — Uśmiechnąłem się szeroko, dochodząc na drugie piętro. — Zostało pół minuty do dzwonka — oświadczyłem, zerkając na zegarek. — Lepiej się pośpiesz, bo musisz zejść na sam dół.
Wystawiła mi język, po czym jak szalona zbiegła, omijając uczniów. Parsknąwszy pod nosem śmiechem, powoli posunąłem pod salę numer trzysta pięć, gdzie miałem zostać uśpiony lekcją polskiego.
Wcale nie zostałem zaskoczony, kiedy pani profesor raczyła nas kolejną nudnawą opowieścią. Kończenie podręcznika z pierwszej klasy to największa udręka, jaka spotyka drugoklasistów. Na szczęście siedziałem w ostatniej ławce, za najwyższym gościem w klasie, więc spokojnie zwiesiłem głowę na rękach i przekimałem się dwadzieścia minut.
Śniły mi się róże. Mnóstwo czerwonych róż w usłanych złotymi liśćmi ogrodzie. Już na pierwszy rzut oka coś mi nie odpowiadało, coś było nie tak, ale dopiero po dłuższej chwili zdałem sobie sprawę, że przecież jesienią i zimą trudno o tak piękne róże. Kiedy wyciągnąłem rękę, aby dotknąć płatków jednej z nich, ta zmieniła kolor na czarny, po chwili zmieniając się w popiół. I kolejna, i kolejna, i kolejna. Aż w końcu miast ogrodu znalazłem się na polu bitwy. Zimnym, otoczonym mgłą polu bitwy.
Obudziłem się wraz z dzwonkiem i ze zdezorientowaną miną patrzyłem na pakujących się znajomych z klasy. Podążyłem ich śladem, szybko uciekając z klasy.

##

Maciek przebiegle wyszczerzył kły. Zmrużyłem oczy. To nie był widok, na który człowiek reagował obojętnie. Nie mogłem pozwolić wygrać mu kolejnego seta. I chociaż piłka meczowa należała właśnie do tego przeklętego wilczura, nie chciałem się poddawać. Wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej mnie to podniecało.
Zaserwował z wyskoku, a piłka poleciała prosto w stronę naszego Libero – Tomka. Skupiony niczym wąż na swej ofierze odebrał idealnie, by w następnej kolejności zdać się na nas. Kiedy już myślałem, że zdobyliśmy punkt, Przemek rzucił się na łeb na szyję i odbił w ostatnim momencie. Zakląłem siarczyście, przez co trener krzyknął, bym się opamiętał.
Nawet podczas lekcji wychowania fizycznego targały mną emocje. Chociaż wiedziałem, iż to zwykły mecz rozrywkowy, nie potrafiłem myśleć o niczym innym jak wygranej. Działo się tak za każdym razem, gdy brałem udział w grach zespołowych. Kiedy ważył się los całej drużyny, nie panowałem nad sobą. Co innego podczas biegów, kiedy walczyłem w głównej mierze sam ze sobą, ze swoim oddechem i nogami odmawiającymi w pewnych momentach posłuszeństwa.
Dokładnie w momencie wyrzucenia piłki w górę przez naszego rozgrywającego rozległ się dzwonek na przerwę. Żaden nie wyniósł się z boiska. Dawid wyskoczył niczym kangur i przepchnął ją na drugą stronę, zdobywając punkt. Tym samym dając nam zwycięstwo.
Wybuchnęliśmy z chłopakami radosnymi okrzykami. Zaczęliśmy przybijać sobie piątki, ściskać się jak szaleńcy. Szczęśliwi szaleńcy.
— To była dobra gra, ale teraz marsz do szatni! — krzyknął na nas trener, a my – wciąż odurzeni emocjami – wykonaliśmy polecenie.
— Nieźle się wkręciłeś, Szymuś. — Maciek poklepał mnie po plecach. — Tylko nie spieprz jutrzejszego biegu. To, że organizują jakieś głupie, koedukacyjne biegi na orientację nie oznacza, że masz dawać laskom fory, jasne?
— Rozumie się w stu procentach, stary. — Wyszczerzyłem się, zdejmując mokrą koszulkę. — To jasne, że mężczyźni są lepsi. Kobiety to słabe istoty,  żadna nie ma z nami szans.
— Gdyby usłyszała to Kaśka, już byś kwiczał z bólu — rzucił któryś z tłumu. I choć mogłem zaprotestować, facet rzekł prawdę. Z Kaśką nie dało się zadrzeć bez poniesienia szkód fizycznych.
Niektóre baby są po prostu okropne.
Jednakże mimo wszystkich Kasich wad, dziewczyna miała w sobie naprawdę bardzo dużo uroku. Czasami żartowała, że jest metrem pięćdziesiąt czystej dominacji nad światem, ale kiedy stała przy ławce w swoim rudawym szaliku oraz czarnym płaszczu, nie dało się nie rozczulić.
— Aż tak ci zimno? — zapytałem, ściągając brwi. Czekała na mnie każdego dnia. Odprowadzałem ją pod dom, by następnie poczłapać na znajdujący się niedaleko PKS. Powroty autobusami do domu czasem dawały mi się we znaki.
— Nie czujesz, jak pizga zimnem? — zamarudziła, starając się wyrównać krok. — Idź wolniej, bo nie nadążam! — rozkazała. Uśmiechnąłem się szeroko.
— Dobrze, dobrze, słonko.
Zacząłem dogadywać się z Katarzyną na początku pierwszego roku. Jakoś w połowie września zajrzała do nas na lekcję WF-u i zapytała, czy ktoś chciałby wziąć udział w pierwszym koedukacyjnym biegu na orientację, w którym wzięliby udział uczniowie wszystkich międzyrzeckich szkół. Zgodziłem się, ponieważ zawsze lubiłem biegać. Zająłem wówczas pierwsze miejsce, prześcigając Karolinę oraz byłego mistrza – Kacpra. Uścisnął mi nawet rękę.
Od tamtego momentu zostaliśmy przyjaciółmi. Spędzaliśmy razem większość przerw i dni wolnych, chodziliśmy na świąteczne zakupy, piekliśmy ciasta na kiermasze. Poszedłem z nią nawet na półmetek, a potem musiałem się tłumaczyć, że jestem tylko głupiutkim pierwszakiem.
Wielu ludzi zastanawiało się, dlaczego wciąż nie tworzymy pary. Wiek nie grał tu oczywiście roli, bo czy posiadanie starszej od siebie dziewczyny jest takie złe, podczas gdy wygląda jak wiecznie młoda dziewczynka? Problem stanowiło coś innego, a dokładniej jej preferencje seksualne. Od kiedy dowiedziałem się, że Kaśka woli dziewczyny, nie potrafiłem patrzeć na nią jak na kogoś, w kim można by się zakochać. A przynajmniej ja bym się w niej nie zakochał, chociaż temu krasnoludkowi nie brakowało ani ładnej buzi, ani figury, ani poczucia humoru. Po prostu traktowałem ją jak przyjaciółkę. Czysto i bez żadnych większych podtekstów, chociaż czasami potrafiliśmy prowadzić najbardziej zbereźne rozmowy świata.
— W przyszłą niedzielę ma spaść śnieg. — Twarz Kasi się rozjaśniła. — Znów będę mogła lepić bałwany!
— Pewnie szybciej się roztopi niż pojawi — zgasiłem jej entuzjazm. — Zostanie tylko błoto i tyle będzie z pięknej, złotej, polskiej jesieni.
— Nie marudź. Ciesz się, że jutro ma być ciepło.
— Tak właściwie to ilu uczestników udało ci się zebrać w tym roku? — zainteresowałem się, skręcając na skwerek.
— Siedemdziesięciu ośmiu. O dwudziestu pięciu więcej niż w zeszłym roku. Wielu pierwszaków ma fantastyczny zapał, wiesz? Myślę, że będą z nich ludzie.
Taka właśnie była Kasia: trochę drastyczna w środkach, ale w każdym potrafiła odnaleźć zalążek talentu. To ona podsyłała sorowi od śpiewu wokalistki. To ona wyłapywała zdolności matematyczne.
— Szkoda tylko, że to mój ostatni rok — dodała smutno. — Będzie mi brakowało tego wszystkiego. — Narysowała w powietrzu okrąg, chcąc zilustrować swoją myśl.
— Hej, potem są studia. Też będzie fajnie, zobaczysz — próbowałem ją pocieszyć.
— To nie to samo, Szymuś. Szkoła średnia nigdy nie będzie równała się studiom.
— Teraz to sobie wymyślasz powody do jęczenia. — Przewróciłem oczami. — Chodź do Biedronki. Jak zjesz chałwę, od razu ci się polepszy.

##

Wysiadłem z autobusu i od razu poczułem przeszywające zimno. Automatycznie uniosłem dłonie do ust i wypuściłem na nie ciepłe powietrze. Niestety, pomogło tylko na chwilę. Schowałem więc ręce w kieszenie spodni, mając nadzieję, że nie odmarzną mi w czasie piętnastominutowego spaceru.
Słońce już dawno schowało się za horyzontem, a ja sam ledwo stałem na nogach po czterech godzinach snu i wyczerpującym treningu, który zarządziła Kasia, kiedy znaleźliśmy się pod jej domem. Tym sposobem przed powrotem do domu przebiegłem ponad trzy kilometry w przepoconym stroju na WF, a potem zjadłem smaczny, domowy rosołek, zdradzając tym samym kuchnię taty, która czekała mnie po powrocie.
Wiatr wiał niespokojnie, poruszając i szeleszcząc wśród drzew. Dlaczego musiałem mieszkać w środku lasu?! Jasne, byłem twardym facetem, ale czasem każdego łapała myśl, że coś nagle wyskoczy zza drzewa. Zwłaszcza, gdy wokół wszystko wydawało cichsze i głośniejsze dźwięki. Człowiek popada wówczas w paranoję i zaczyna wyobrażać sobie mnóstwo scenariuszy z niekoniecznie szczęśliwym zakończeniem.
Tak było ze mną, dlatego też, kiedy na mojej drodze nagle, ni stąd ni zowąd, pojawiła się wiewiórka, wydałem z siebie dźwięk tak wysoki, że nie powstydziłaby się nim żadna szanująca się operowa śpiewaczka. Serce biło mi jak szalone i miałem wrażenie, że zaraz się zatrzyma i tak oto skończę swój żywot. Na szczęście w miarę szybko zorientowałem się, iż to małe, rude zwierzątko raczej nie zrobi mi krzywdy. Odetchnąłem z ulgą i pomaszerowałem dalej, jednak dwa razy szybciej.
W domu panował harmider, wszyscy krzyczeli, z piętra dochodziła ciężka muzyka, którą to uwielbiał Artur. W kuchni Aneta tworzyła mikstury, tatko zasnął na kanapie, więc przykryłem go kocem, a Monika oglądała Ciążę z zaskoczenia. Wolałem potowarzyszyć najmłodszej siostrze, dzięki czemu znalazłem krzywą, wyrwaną z zeszytu kartkę z informacją o tym, iż obiad mam w piekarniku. Postanowiłem go sobie jednak odgrzać, tyle że używając mikrofalówki.
— Chcesz spróbować mojego miłosnego naparu? — zapytał mały rudzielec, machając słoiczkiem. Pływająca w nim ciecz przybrała niepokojąco zielonkawą barwę.
— Nie potrzebuję miłosnych naparów, aby cię kochać — odparłem, co chyba ją usatysfakcjonowało. — Co cię tak naszło na miłość, hm? — Usłyszałem głośne „pip” powiadamiające o nagrzaniu posiłku.
— Pani powiedziała, że jesień to szczególny czas dla zakochanych, a ja jeszcze nie byłam zakochana, więc pomyślałam, że jak się zakocham, to dam to wypić jakiemuś chłopcu i on też mnie będzie kochał i wtedy pójdziemy razem na randkę — oznajmiła z dumą.
— Na randkę? A gdzie chciałabyś iść na tę randkę? — Nałożyłem sporą porcję ciepłego ryżu na widelec, po czym włożyłem całość do ust, czego od razu pożałowałem. Piekło jak cholera.
— Nad most z kaczkami! Porzucać im żelki w kształcie robaków.
— Kaczki nie mofą jeść szelków — powiedziałem z wywalonym na wierzch, poparzonym językiem. Zaczął jednak wysychać, więc schowałem go z powrotem. — Mogą im zaszkodzić.
— Ale ty głupi jesteś, Szymek. — Anetka pokręciła głową, wznosząc do góry brązowe oczka. — Przecież to też robaczki, nic im nie będzie!
Uśmiechnąłem się. Wiedziałem, że przecież nie nakarmi tych biednych stworzeń żelatyną, po co więc miałem się spierać. Wyglądała na szczęśliwą, chciałem, aby tak zostało.
Kiedy wysłałem małą do kąpieli, podreptałem do pokoju Moniki, która zdążyła już zwiać z salonu, najwyraźniej czując, że coś od niej chcę. Zapukałem cichutko, a kiedy usłyszałem pełne wyrzutu „proszę”, otworzyłem stare, podrapane przez koty drzwi.
Dziewczyna siedziała przy biurku i pisała coś na laptopie. Jedynym źródłem światła był właśnie włączony ekran, więc machinalnie sięgnąłem do włącznika. Pokój zalała jasność i wtedy też po raz wtóry moje oczy ujrzały pokój typowej nastolatki – mnóstwo zdjęć, kilka pluszaków, jakieś plakaty i sześć poduszek na, które nocą i tak lądowały na fioletowym dywanie.
— Czego chcesz? — zapytała oschle, marszcząc nos.
— Nie bądź taka, jestem twoim bratem. — Wszedłem do środka i usiadłem na brzegu łóżka.
— Właśnie dlatego będę taka — mruknęła niezadowolona. — Mów szybko, bo jestem zajęta.
— Rozprawki potrzebuję.
Moja siostra bliźniaczka była znana z pisania wypracowań. Opanowała język polski w stopniu wykraczającym poziom licealny, a jej pociąg do literatury był na tyle duży, iż potrafiła odnaleźć mnóstwo różnych argumentów do rozprawek czy motywów do innych prac. Oczywiście zbijała dzięki temu kasę, ale jeszcze nikt nie zgłosił reklamacji. Zresztą, Monika marzyła o karierze pisarskiej; całe dnie potrafiła spędzić, tworząc notatki, fabuły, sylwetki bohaterów. Miała na swoim koncie już tak wiele historyjek, że strach było zaczynać liczyć. Mimo to dotąd nie stworzyła czegoś, co z dumą mogłaby nazwać „pomysłem na książkę”. A przynajmniej ona sama tak uważała.
— Trzydzieści — oświadczyła ozięble.
— Dla brata?! — W tamtej chwili musiałem wyglądać przekomicznie: z rozdziawionymi ustami i szokiem w oczach.
— Dwadzieścia dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć — poprawiła się, ale z jej oczu nie znikła obojętność.
— Stoi — wymamrotałem. W odróżnieniu od niej nie potrafiłem nawet porządnie skleić zdania, aby nikt nie przyczepił się do jego poprawności.
— Płatne z góry.
— Płatne przy odbiorze.
I na tym zakończyła się moja rozmowa z siostrą. Kto by przypuszczał, że bliźniacze rodzeństwo może się tak bardzo różnić i nie lubić. Nie wiedziałem, dlaczego Monika aż tak bardzo mnie nienawidzi. Często się nad tym zastanawiałem, bo w sumie tylko z nią ciężko szło się dogadać, jednak za każdym razem nie potrafiłem dojść do logicznych wniosków. Przecież nigdy nie zrobiłem jej nic złego, nie śmiałem się, nie zadawałem dziwnych pytań chłopcom, z którymi to niby przypadkiem wracała ze szkoły. A jednak wciąż miała mi coś za złe.
Zmęczony całym dniem, na wpół żywy, a może jeszcze mniej, poczłapałem do łazienki, gdzie zastał mnie widok… Artura w ręczniku. Stał przed umywalką i szorował zęby, robiąc dziwne pozy do lustra.
— Człowieku, może byś się tak ubrał! — warknąłem, nie mogąc uwierzyć w zachowanie starszego brata. — Naprawdę nie mam ochoty oglądać cię w takim stanie po dwudziestej drugiej. Będę mieć koszmary.
— Zazdrość, bo ty tak pięknie nie wyglądasz?
Moja lewa brew automatycznie się uniosła.
— Słucham?
— Tę sylwetkę osiągnąłem dzięki wyczerpującym ćwiczeniom — odparł z dumą. Przez chwilę chciałem puścić pawia prosto na jego twarz.
— Wypad mi stąd, gołodupcu — mruknąłem, wyrzucając go z łazienki od razu, jak tylko odłożył szczoteczkę. Zamknąłem drzwi na zamek i zaczęło się stukanie.
— Ej, to chociaż majtki mi daj!
— Weź sobie inne — rzuciłem, odkręcając wodę pod prysznicem, która zagłuszyła resztę słów.
Zrobiło się cicho i przyjemnie, pachniało miodowym żelem pod prysznic i szamponem. Prawie zasnąłem, opierając się o ścianę. W ostatniej chwili uświadomiłem sobie, że odpływam. Nie wiedziałem, ile minęło czasu, jak długo stałem, ile zużyłem wody. W tamtej chwili było mi to zupełnie obojętne. Już nawet nie znalazłem siły na wyszorowanie kłów. Po prostu narzuciłem spodenki, koszulkę i jakość dopełzłem do pokoju. Zegar wskazywał dwadzieścia dwie minuty po jedenastej.

Rzuciłem się na niezaścielone rano łóżko i zasnąłem, gdy tylko moja głowa dotknęła poduszki. 

Dobry wieczór, dzień dobry, moje kochane liski! Jako że mamy jesień, u niektórych już spadł śnieg, ale u mnie wciąż w lasach znajdują się piękne, złote liście, postanowiłam wybrać się ostatnio na spacer. Chodząc po lasku, kiedy otaczał mnie szum liści, wpadłam na pewien pomysł. Jest nim właśnie „Wir złotych liści”, który pragnę wam przedstawić. C: Wiem, że zarówno ten, jak i połowa następnego rozdziału, są i będzie niesamowicie nudny, ale potem się rozkręci, obiecuję!
Także mam nadzieję, że ktoś ze mną zostanie. .w.
A tymczasem łaskawie, niczym Pan-da Biała, proszę o komentarze. Co myślicie o bohaterach, których jeszcze do końca nie znacie, o zarysie historii, o relacjach. Przyjmę wszystko na klatę!