Wrzesień wydawał się zaledwie jednym
mrugnięciem, więc kiedy zmieniałem kartkę w kalendarzu, nie wierzyłem własnym
oczom. Zdjęcie słonecznego nieba zastąpił jesienny, leśny krajobraz: wysokie
drzewa o złotych i brązowych liściach. Przyglądałem się chwilę fotografii, po
czym odwiesiłem plik kartek na haczyk przy drzwiach.
Przeszedłem kilka kroków i stanąłem przed
dużym lustrem, które wieńczyło całą szafę. Niektórzy zastanawiali się, do czego
facetowi potrzebne jest tak wielkie lustro, przecież nie do tego, aby się
oglądać, ale jako że odziedziczyłem meble po starszej siostrze, nie chciałem
narzekać. Poza tym wszystko ma swoje plusy. Gorzej, że z lustrem przychodziły
mi na myśl same zbereźne rzeczy.
Przetarłem zaspane oczy, stwierdzając, że
nie wyglądam aż tak źle z porannym zarostem i że wcale nie muszę się golić. Po
krótkiej chwili doszedłem nawet do wniosku, iż jawię się bardziej męsko niż
zwykle. Dlatego też narzuciłem na siebie pierwszą lepszą koszulkę, która nie
śmierdziała, a następnie wsunąłem spodnie wybrane podobnym sposobem, bez
większej dbałości o dobór i piękno. Potem – wciąż na boso, bo kto by się
przejmował wkładaniem skarpetek z samego rana – podreptałem do kuchni, skąd
dochodził dźwięk obijanych o talerze sztućców.
Lubiłem czwartki. I to nie tylko ze
względu na mniejszą ilość lekcji, lecz na pyszne śniadanie, które przyrządzała
mama. To właśnie w te dni mogła stawić się później w pracy o godzinę później,
więc przygotowywała naleśniki rodem z amerykańskiego filmu o nastolatkach.
Brakowało tylko sosu klonowego oraz masła orzechowego. W słoiczku stał jednak
dżem truskawkowy własnego wyrobu.
Nieduże pomieszczenie potrafiło pomieścić
całą naszą sześcioosobową rodzinkę. Meble wykonane z jasnego drewna ustawiono
niezwykle ciasno, dzięki czemu swobodne poruszanie się nie stanowiło większego
problemu. Mama przemykała między krzesłami niczym łyżwiarka figurowa,
przebierając krótkimi nóżkami na dystansie, jaki dzielił ją od kuchenki do
lodówki i ani razu się nie przewróciła! Oczywiście nie zabrakło też najlepszego
przyjaciela głodnego nastolatka, czyli mikrofali, która wieńczyła zaszczytne
miejsce na jednej z kuchennych szafek, tuż obok chlebaka.
Za stołem siedziała już moja siostra
bliźniaczka – Monika. Swoje długie, kręcone i ciemne niczym owoce kasztanowca
włosy związała w wysoki kuc i zajadała, przesuwając palcem po ekranie telefonu.
Długi, wąski nos rzucał cień na talerz. Podniosła na chwilę jasnoniebieskie
oczy, aby sprawdzić, kto zaszczycił kuchnię obecnością, ale na mój widok opuściła
wzrok.
Miłość rodzeństwa bywa trudna.
— Cześć, mamo — rzuciłem, zwinnie
siadając na drewnianym krzesełku. Nalałem mleka do szklanki, nałożyłem sobie
naleśników na talerzyk, po czym odezwałem się z pełną buzią: —Anefa jeszcze nie
fstafa?
— Jest już dawno po śniadaniu — oznajmiła
mama, odwracając się. Jej ciepłe, brązowe oczy patrzyły z lekkim uśmiechem. —
Tylko ty w tym domu wstajesz piętnaście minut przed wyjazdem do szkoły.
— Bo ja zawsze wyglądam dobrze i nie
muszę się stroić — odparłem, przełykając. Posłałem jej „olśniewający uśmiech”.
— Jedz szybko i umyj zęby, bo masz coś
między jedynkami — przytknęła mama, wracając do gotowania.
Oblizałem usta, aby pozbyć się dżemu z
kącików ust.
Oczywiście wyszykowałem się na czas. To
znaczy, jeśli za „na czas” uznaje się pięć minut później niż wszyscy. Źle
oceniłem swoją twarz i zanim wyszorowałem swoje piękne kły, chwyciłem maszynkę
i szybko się ogoliłem. Koniec końców zaciąłem się pod dolną wargą i piekło jak
cholera.
Usiadłem z przodu obok brata – rudzielca
Artura, który czuprynę odziedziczył po ojcu. Oczy za to miał po mamie i czasami
mu tego zazdrościłem. Te nasze, moje i Moniki, wydawały się czasem puste i bez
wyrazu, jakby ktoś wyssał z nich wszelkie emocje. Za to w brązowych ślepiach
Artura zawsze czaiła się nutka arogancji.
Mój starszy brat liczył sobie aż
dwadzieścia sześć lat i czasami zastanawiałem się, dlaczego rodzice pomyśleli o
drugim dziecku. Nie chciałem nazywać siebie wpadką, bo znałem swoich rodziców.
Oni zawsze wszystko musieli przemyśleć. I to dwa razy! Wmawiałem sobie, że po
prostu mamie ponownie zachciało się urlopu macierzyńskiego, bo wątpiłem, aby
marzyła o nieprzespanych nocach. Tym bardziej, gdy Artur potrafił narobić
niezłego rabanu o trzeciej rano.
Z tyłu rozsiadły się moje kochane
siostrzyczki – Monika i Aneta. Ta druga, młodsza, liczyła sobie zaledwie siedem
lat i od miesiąca uczęszczała do drugiej klasy podstawówki. Przyznam szczerze –
bo z ręką na sercu – że rodzicom to właśnie ona udała się najbardziej.
Rudowłosa, z loczkami i ciemnymi oczami. A te dziecięce rumieńce dodawały małej
takiego uroku, że czasami bałem się puszczać ją na plac zabaw przy sąsiednim
bloku, co by nie zauważył jej żaden pedofil. Czułem się odpowiedzialny za tego
brzdąca. Przez całe przedszkole wstawałem wcześniej, aby być gotowym do
odprowadzania Anetki, wiązania butów, podtrzymywania jej na duchu, kiedy nie
chciała iść do sali, bo „koleżanki dokuczały”.
— Szymek, masz pastę na policzku —
odezwała się mała, kiedy odwróciłem się, aby popatrzeć na rumiane pućki.
— To mój nowy znak rozpoznawczy —
odparłem, jednak przejechałem dłonią po policzku, ścierając zieloną maź. —
Jakie masz dzisiaj lekcje?
Znałem plan lekcji Anety na pamięć, mimo
to pytałem za każdym razem. Lubiła mówić o szkole, o zajęciach, o kolegach i
koleżankach, o obiadach na stołówce, o pani z biblioteki. Cieszył ją fakt, że
kogoś interesuje, co robi, z kim się zadaje, jak się miewa.
— Idziemy dzisiaj do parku zbierać liście
na bukiety! — zaświergotała. — Pani powiedziała, że ten, kto zrobi największy,
dostanie szóstkę! Zobaczysz, że mój będzie najpiękniejszy!
Ciemne oczka rozbłysły najszczerszym
szczęściem i podekscytowaniem, jakie tylko istnieje na świecie – tym dziecięcym
czystym.
— Nie śmiem wątpić. — Uśmiechnąłem się do
rudzielca, po czym nachyliłem, by poczochrać te przekochane loczki. — Musisz to
zrobić, dla mnie.
##
Nasza szkoła przypominała wyglądem
większość szkół. Była duża, w dwóch odcieniach zieleni, a gdy patrzyło się na
wschodnią i zachodnią ścianę, widziało się olbrzymi napis ZSE odbijający się
ciemniejszym odcieniem. O ile nauczyciele swobodnie wchodzili wejściem
służbowym, tak nam, szarym uczniom, przysługiwało drugie, prowadzące prosto do
ulokowanej niżej szatni. To właśnie tam zmieniłem buty (musiały mieć białą
podeszwę) oraz przypiąłem do bluzki identyfikator.
Nasza szkoła praktykowała identyfikację
uczniów za pomocą dziwnych plakietek z imieniem, nazwiskiem oraz nazwą profilu.
Dlatego też pozostanie anonimowym wśród tych grubych murów jawiło się
niewykonalnym. Bez identyfikatora nie wpuszczano do klasy; w przypadku gdy ktoś
swojego zapomniał, musiał udawać się do sekretariatu, aby wykupić zastępczy.
Różowy.
Już wyminąłem dyżurującą sorkę, już
powoli wdrapywałem się po schodach, kiedy coś (bo „kimś” bym tego wówczas nie
nazwał) mnie powstrzymało.
— Szymek, ty gnido! — Niewielka istota o
jasnych, długich włosach wymierzyła niemal idealny cios zwiniętym zeszytem w
moją głowę. Syknąłem z bólu, natychmiast łapiąc się za obolałe miejsce. — Nie
przyszedłeś na spotkanie przed jutrzejszym wyścigiem!
Popatrzyłem zdezorientowany na twarz
Kasi, mojej przyjaciółki z równoległej klasy, jednej z organizatorek
najbliższego biegu na orientację, który miał się odbyć w piątek, drugiego
października. Ułożywszy swe drobne dłonie na biodrach, blondynka łypała na mnie
spode łba niczym rozwścieczone zwierzątko.
— No przepraszam, zapomniało mi się —
powiedziałem z pokorą w głosie, czując się przy niej jak krasnoludek, chociaż
to ona ledwo sięgała mi ramienia. — Poza tym co dałoby mi to spotkanie? I tak
wygram ten przeklęty bieg — dodałem.
— Twoja przeklęta pewność siebie w końcu
cię zgubi, młody. — Przewróciła oczami. Miała pełne prawo do nazywanie mnie
„młodym”, ponieważ była dwie klasy wyżej. — Zwiastuję, że tym razem to Karolina
pierwsza pojawi się na mecie.
Uniosłem brew. Karolinę znał chyba każdy,
kto choć raz brał udział w biegach. Z trzech międzyrzeckich szkół to ona zwykle
zajmowała pierwsze miejsce. No, chyba że pojawiałem się ja, wtedy spadała na
drugie. Jednak przez pierwszy rok stanowiła mur nie do pokonania, zaczęły się
nawet tworzyć legendy i dziwne historyjki na jej temat. W rzeczywistości jednak
była całkiem w porządku dziewczyną. No i dobrą rywalką, o lepszej nawet nie
dało się marzyć.
— Jeszcze ani razu z nią nie przegrałem —
zauważyłem, kierując się schodami na górę. Kasia podreptała za mną.
— Mówi się, że podczas wakacji biegała po
włoskich górach, hartując kondycję. Jak zobaczyłam ją dzisiaj na spotkaniu,
uśmiechała się śmielej niż zwykle. I ścięła włosy. — Na ostatnią informację nieco
się skrzywiła. Kasia zawsze tępiła dziewczęta, które wyrzekały się długich pasm
na rzecz krótkich, męskich i o wiele wygodniejszych fryzur. — Ale mniejsza o
to. Naprawdę powinieneś zacząć się martwić.
— Tak, tak. — Machnąłem ręką, pokazując,
jak bardzo mnie to obchodzi. — Kaśka, nie musisz się bać, że stracę renomę.
Nawet jeśli trenowała, to las w Horodku znam jak własną kieszeń. Nie ma mowy,
by wyprzedziła mnie na m o i m terenie, dobrze o tym wiesz.
— Po prostu chcę w ciebie wierzyć —
mruknęła. — Ale twoje lekceważące podejście mi na to nie pozwala.
— Nie zamartwiaj się tym, słońce. —
Uśmiechnąłem się szeroko, dochodząc na drugie piętro. — Zostało pół minuty do
dzwonka — oświadczyłem, zerkając na zegarek. — Lepiej się pośpiesz, bo musisz
zejść na sam dół.
Wystawiła mi język, po czym jak szalona
zbiegła, omijając uczniów. Parsknąwszy pod nosem śmiechem, powoli posunąłem pod
salę numer trzysta pięć, gdzie miałem zostać uśpiony lekcją polskiego.
Wcale nie zostałem zaskoczony, kiedy pani
profesor raczyła nas kolejną nudnawą opowieścią. Kończenie podręcznika z
pierwszej klasy to największa udręka, jaka spotyka drugoklasistów. Na szczęście
siedziałem w ostatniej ławce, za najwyższym gościem w klasie, więc spokojnie
zwiesiłem głowę na rękach i przekimałem się dwadzieścia minut.
Śniły mi się róże. Mnóstwo czerwonych róż
w usłanych złotymi liśćmi ogrodzie. Już na pierwszy rzut oka coś mi nie
odpowiadało, coś było nie tak, ale dopiero po dłuższej chwili zdałem sobie
sprawę, że przecież jesienią i zimą trudno o tak piękne róże. Kiedy wyciągnąłem
rękę, aby dotknąć płatków jednej z nich, ta zmieniła kolor na czarny, po chwili
zmieniając się w popiół. I kolejna, i kolejna, i kolejna. Aż w końcu miast
ogrodu znalazłem się na polu bitwy. Zimnym, otoczonym mgłą polu bitwy.
Obudziłem się wraz z dzwonkiem i ze
zdezorientowaną miną patrzyłem na pakujących się znajomych z klasy. Podążyłem
ich śladem, szybko uciekając z klasy.
##
Maciek przebiegle wyszczerzył kły.
Zmrużyłem oczy. To nie był widok, na który człowiek reagował obojętnie. Nie
mogłem pozwolić wygrać mu kolejnego seta. I chociaż piłka meczowa należała
właśnie do tego przeklętego wilczura, nie chciałem się poddawać. Wręcz
przeciwnie – jeszcze bardziej mnie to podniecało.
Zaserwował z wyskoku, a piłka poleciała
prosto w stronę naszego Libero – Tomka. Skupiony niczym wąż na swej ofierze
odebrał idealnie, by w następnej kolejności zdać się na nas. Kiedy już
myślałem, że zdobyliśmy punkt, Przemek rzucił się na łeb na szyję i odbił w
ostatnim momencie. Zakląłem siarczyście, przez co trener krzyknął, bym się
opamiętał.
Nawet podczas lekcji wychowania
fizycznego targały mną emocje. Chociaż wiedziałem, iż to zwykły mecz
rozrywkowy, nie potrafiłem myśleć o niczym innym jak wygranej. Działo się tak
za każdym razem, gdy brałem udział w grach zespołowych. Kiedy ważył się los
całej drużyny, nie panowałem nad sobą. Co innego podczas biegów, kiedy
walczyłem w głównej mierze sam ze sobą, ze swoim oddechem i nogami
odmawiającymi w pewnych momentach posłuszeństwa.
Dokładnie w momencie wyrzucenia piłki w
górę przez naszego rozgrywającego rozległ się dzwonek na przerwę. Żaden nie
wyniósł się z boiska. Dawid wyskoczył niczym kangur i przepchnął ją na drugą
stronę, zdobywając punkt. Tym samym dając nam zwycięstwo.
Wybuchnęliśmy z chłopakami radosnymi
okrzykami. Zaczęliśmy przybijać sobie piątki, ściskać się jak szaleńcy.
Szczęśliwi szaleńcy.
— To była dobra gra, ale teraz marsz do
szatni! — krzyknął na nas trener, a my – wciąż odurzeni emocjami – wykonaliśmy
polecenie.
— Nieźle się wkręciłeś, Szymuś. — Maciek
poklepał mnie po plecach. — Tylko nie spieprz jutrzejszego biegu. To, że
organizują jakieś głupie, koedukacyjne biegi na orientację nie oznacza, że masz
dawać laskom fory, jasne?
— Rozumie się w stu procentach, stary. —
Wyszczerzyłem się, zdejmując mokrą koszulkę. — To jasne, że mężczyźni są lepsi.
Kobiety to słabe istoty, żadna nie ma z
nami szans.
— Gdyby usłyszała to Kaśka, już byś
kwiczał z bólu — rzucił któryś z tłumu. I choć mogłem zaprotestować, facet
rzekł prawdę. Z Kaśką nie dało się zadrzeć bez poniesienia szkód fizycznych.
Niektóre baby są po prostu okropne.
Jednakże mimo wszystkich Kasich wad,
dziewczyna miała w sobie naprawdę bardzo dużo uroku. Czasami żartowała, że jest
metrem pięćdziesiąt czystej dominacji nad światem, ale kiedy stała przy ławce w
swoim rudawym szaliku oraz czarnym płaszczu, nie dało się nie rozczulić.
— Aż tak ci zimno? — zapytałem, ściągając
brwi. Czekała na mnie każdego dnia. Odprowadzałem ją pod dom, by następnie
poczłapać na znajdujący się niedaleko PKS. Powroty autobusami do domu czasem
dawały mi się we znaki.
— Nie czujesz, jak pizga zimnem? —
zamarudziła, starając się wyrównać krok. — Idź wolniej, bo nie nadążam! —
rozkazała. Uśmiechnąłem się szeroko.
— Dobrze, dobrze, słonko.
Zacząłem dogadywać się z Katarzyną na
początku pierwszego roku. Jakoś w połowie września zajrzała do nas na lekcję
WF-u i zapytała, czy ktoś chciałby wziąć udział w pierwszym koedukacyjnym biegu
na orientację, w którym wzięliby udział uczniowie wszystkich międzyrzeckich szkół.
Zgodziłem się, ponieważ zawsze lubiłem biegać. Zająłem wówczas pierwsze
miejsce, prześcigając Karolinę oraz byłego mistrza – Kacpra. Uścisnął mi nawet
rękę.
Od tamtego momentu zostaliśmy
przyjaciółmi. Spędzaliśmy razem większość przerw i dni wolnych, chodziliśmy na
świąteczne zakupy, piekliśmy ciasta na kiermasze. Poszedłem z nią nawet na
półmetek, a potem musiałem się tłumaczyć, że jestem tylko głupiutkim
pierwszakiem.
Wielu ludzi zastanawiało się, dlaczego
wciąż nie tworzymy pary. Wiek nie grał tu oczywiście roli, bo czy posiadanie
starszej od siebie dziewczyny jest takie złe, podczas gdy wygląda jak wiecznie
młoda dziewczynka? Problem stanowiło coś innego, a dokładniej jej preferencje
seksualne. Od kiedy dowiedziałem się, że Kaśka woli dziewczyny, nie potrafiłem
patrzeć na nią jak na kogoś, w kim można by się zakochać. A przynajmniej ja bym
się w niej nie zakochał, chociaż temu krasnoludkowi nie brakowało ani ładnej
buzi, ani figury, ani poczucia humoru. Po prostu traktowałem ją jak
przyjaciółkę. Czysto i bez żadnych większych podtekstów, chociaż czasami
potrafiliśmy prowadzić najbardziej zbereźne rozmowy świata.
— W przyszłą niedzielę ma spaść śnieg. —
Twarz Kasi się rozjaśniła. — Znów będę mogła lepić bałwany!
— Pewnie szybciej się roztopi niż pojawi —
zgasiłem jej entuzjazm. — Zostanie tylko błoto i tyle będzie z pięknej, złotej,
polskiej jesieni.
— Nie marudź. Ciesz się, że jutro ma być
ciepło.
— Tak właściwie to ilu uczestników udało
ci się zebrać w tym roku? — zainteresowałem się, skręcając na skwerek.
— Siedemdziesięciu ośmiu. O dwudziestu
pięciu więcej niż w zeszłym roku. Wielu pierwszaków ma fantastyczny zapał,
wiesz? Myślę, że będą z nich ludzie.
Taka właśnie była Kasia: trochę
drastyczna w środkach, ale w każdym potrafiła odnaleźć zalążek talentu. To ona
podsyłała sorowi od śpiewu wokalistki. To ona wyłapywała zdolności
matematyczne.
— Szkoda tylko, że to mój ostatni rok —
dodała smutno. — Będzie mi brakowało tego wszystkiego. — Narysowała w powietrzu
okrąg, chcąc zilustrować swoją myśl.
— Hej, potem są studia. Też będzie
fajnie, zobaczysz — próbowałem ją pocieszyć.
— To nie to samo, Szymuś. Szkoła średnia
nigdy nie będzie równała się studiom.
— Teraz to sobie wymyślasz powody do
jęczenia. — Przewróciłem oczami. — Chodź do Biedronki. Jak zjesz chałwę, od
razu ci się polepszy.
##
Wysiadłem z autobusu i od razu poczułem
przeszywające zimno. Automatycznie uniosłem dłonie do ust i wypuściłem na nie
ciepłe powietrze. Niestety, pomogło tylko na chwilę. Schowałem więc ręce w
kieszenie spodni, mając nadzieję, że nie odmarzną mi w czasie
piętnastominutowego spaceru.
Słońce już dawno schowało się za
horyzontem, a ja sam ledwo stałem na nogach po czterech godzinach snu i
wyczerpującym treningu, który zarządziła Kasia, kiedy znaleźliśmy się pod jej
domem. Tym sposobem przed powrotem do domu przebiegłem ponad trzy kilometry w
przepoconym stroju na WF, a potem zjadłem smaczny, domowy rosołek, zdradzając
tym samym kuchnię taty, która czekała mnie po powrocie.
Wiatr wiał niespokojnie, poruszając i
szeleszcząc wśród drzew. Dlaczego musiałem mieszkać w środku lasu?! Jasne,
byłem twardym facetem, ale czasem każdego łapała myśl, że coś nagle wyskoczy
zza drzewa. Zwłaszcza, gdy wokół wszystko wydawało cichsze i głośniejsze
dźwięki. Człowiek popada wówczas w paranoję i zaczyna wyobrażać sobie mnóstwo
scenariuszy z niekoniecznie szczęśliwym zakończeniem.
Tak było ze mną, dlatego też, kiedy na
mojej drodze nagle, ni stąd ni zowąd, pojawiła się wiewiórka, wydałem z siebie
dźwięk tak wysoki, że nie powstydziłaby się nim żadna szanująca się operowa
śpiewaczka. Serce biło mi jak szalone i miałem wrażenie, że zaraz się zatrzyma
i tak oto skończę swój żywot. Na szczęście w miarę szybko zorientowałem się, iż
to małe, rude zwierzątko raczej nie zrobi mi krzywdy. Odetchnąłem z ulgą i
pomaszerowałem dalej, jednak dwa razy szybciej.
W domu panował harmider, wszyscy
krzyczeli, z piętra dochodziła ciężka muzyka, którą to uwielbiał Artur. W
kuchni Aneta tworzyła mikstury, tatko
zasnął na kanapie, więc przykryłem go kocem, a Monika oglądała Ciążę z zaskoczenia. Wolałem
potowarzyszyć najmłodszej siostrze, dzięki czemu znalazłem krzywą, wyrwaną z
zeszytu kartkę z informacją o tym, iż obiad mam w piekarniku. Postanowiłem go
sobie jednak odgrzać, tyle że używając mikrofalówki.
— Chcesz spróbować mojego miłosnego
naparu? — zapytał mały rudzielec, machając słoiczkiem. Pływająca w nim ciecz
przybrała niepokojąco zielonkawą barwę.
— Nie potrzebuję miłosnych naparów, aby
cię kochać — odparłem, co chyba ją usatysfakcjonowało. — Co cię tak naszło na
miłość, hm? — Usłyszałem głośne „pip” powiadamiające o nagrzaniu posiłku.
— Pani powiedziała, że jesień to
szczególny czas dla zakochanych, a ja jeszcze nie byłam zakochana, więc
pomyślałam, że jak się zakocham, to dam to wypić jakiemuś chłopcu i on też mnie
będzie kochał i wtedy pójdziemy razem na randkę — oznajmiła z dumą.
— Na randkę? A gdzie chciałabyś iść na tę
randkę? — Nałożyłem sporą porcję ciepłego ryżu na widelec, po czym włożyłem całość
do ust, czego od razu pożałowałem. Piekło jak cholera.
— Nad most z kaczkami! Porzucać im żelki
w kształcie robaków.
— Kaczki nie mofą jeść szelków —
powiedziałem z wywalonym na wierzch, poparzonym językiem. Zaczął jednak
wysychać, więc schowałem go z powrotem. — Mogą im zaszkodzić.
— Ale ty głupi jesteś, Szymek. — Anetka
pokręciła głową, wznosząc do góry brązowe oczka. — Przecież to też robaczki,
nic im nie będzie!
Uśmiechnąłem się. Wiedziałem, że przecież
nie nakarmi tych biednych stworzeń żelatyną, po co więc miałem się spierać.
Wyglądała na szczęśliwą, chciałem, aby tak zostało.
Kiedy wysłałem małą do kąpieli,
podreptałem do pokoju Moniki, która zdążyła już zwiać z salonu, najwyraźniej
czując, że coś od niej chcę. Zapukałem cichutko, a kiedy
usłyszałem pełne wyrzutu „proszę”, otworzyłem stare, podrapane przez koty
drzwi.
Dziewczyna siedziała przy biurku i pisała
coś na laptopie. Jedynym źródłem światła był właśnie włączony ekran, więc
machinalnie sięgnąłem do włącznika. Pokój zalała jasność i wtedy też po raz
wtóry moje oczy ujrzały pokój typowej nastolatki – mnóstwo zdjęć, kilka
pluszaków, jakieś plakaty i sześć poduszek na, które nocą i tak lądowały na
fioletowym dywanie.
— Czego chcesz? — zapytała oschle,
marszcząc nos.
— Nie bądź taka, jestem twoim bratem. —
Wszedłem do środka i usiadłem na brzegu łóżka.
— Właśnie dlatego będę taka — mruknęła niezadowolona. — Mów
szybko, bo jestem zajęta.
— Rozprawki potrzebuję.
Moja siostra bliźniaczka była znana z pisania
wypracowań. Opanowała język polski w stopniu wykraczającym poziom licealny, a
jej pociąg do literatury był na tyle duży, iż potrafiła odnaleźć mnóstwo
różnych argumentów do rozprawek czy motywów do innych prac. Oczywiście zbijała
dzięki temu kasę, ale jeszcze nikt nie zgłosił reklamacji. Zresztą, Monika
marzyła o karierze pisarskiej; całe dnie potrafiła spędzić, tworząc notatki,
fabuły, sylwetki bohaterów. Miała na swoim koncie już tak wiele historyjek, że
strach było zaczynać liczyć. Mimo to dotąd nie stworzyła czegoś, co z dumą
mogłaby nazwać „pomysłem na książkę”. A przynajmniej ona sama tak uważała.
— Trzydzieści — oświadczyła ozięble.
— Dla brata?! — W tamtej chwili musiałem
wyglądać przekomicznie: z rozdziawionymi ustami i szokiem w oczach.
— Dwadzieścia dziewięć dziewięćdziesiąt
dziewięć — poprawiła się, ale z jej oczu nie znikła obojętność.
— Stoi — wymamrotałem. W odróżnieniu od
niej nie potrafiłem nawet porządnie skleić zdania, aby nikt nie przyczepił się
do jego poprawności.
— Płatne z góry.
— Płatne przy odbiorze.
I na tym zakończyła się moja rozmowa z
siostrą. Kto by przypuszczał, że bliźniacze rodzeństwo może się tak bardzo
różnić i nie lubić. Nie wiedziałem, dlaczego Monika aż tak bardzo mnie
nienawidzi. Często się nad tym zastanawiałem, bo w sumie tylko z nią ciężko
szło się dogadać, jednak za każdym razem nie potrafiłem dojść do logicznych
wniosków. Przecież nigdy nie zrobiłem jej nic złego, nie śmiałem się, nie
zadawałem dziwnych pytań chłopcom, z którymi to niby przypadkiem wracała ze szkoły. A jednak wciąż miała mi coś za
złe.
Zmęczony całym dniem, na wpół żywy, a
może jeszcze mniej, poczłapałem do łazienki, gdzie zastał mnie widok… Artura w
ręczniku. Stał przed umywalką i szorował zęby, robiąc dziwne pozy do lustra.
— Człowieku, może byś się tak ubrał! —
warknąłem, nie mogąc uwierzyć w zachowanie starszego brata. — Naprawdę nie mam
ochoty oglądać cię w takim stanie po dwudziestej drugiej. Będę mieć koszmary.
— Zazdrość, bo ty tak pięknie nie
wyglądasz?
Moja lewa brew automatycznie się uniosła.
— Słucham?
— Tę sylwetkę osiągnąłem dzięki
wyczerpującym ćwiczeniom — odparł z dumą. Przez chwilę chciałem puścić pawia
prosto na jego twarz.
— Wypad mi stąd, gołodupcu — mruknąłem,
wyrzucając go z łazienki od razu, jak tylko odłożył szczoteczkę. Zamknąłem
drzwi na zamek i zaczęło się stukanie.
— Ej, to chociaż majtki mi daj!
— Weź sobie inne — rzuciłem, odkręcając
wodę pod prysznicem, która zagłuszyła resztę słów.
Zrobiło się cicho i przyjemnie, pachniało
miodowym żelem pod prysznic i szamponem. Prawie zasnąłem, opierając się o
ścianę. W ostatniej chwili uświadomiłem sobie, że odpływam. Nie wiedziałem, ile
minęło czasu, jak długo stałem, ile zużyłem wody. W tamtej chwili było mi to
zupełnie obojętne. Już nawet nie znalazłem siły na wyszorowanie kłów. Po prostu
narzuciłem spodenki, koszulkę i jakość dopełzłem do pokoju. Zegar wskazywał
dwadzieścia dwie minuty po jedenastej.
Rzuciłem się na niezaścielone rano łóżko
i zasnąłem, gdy tylko moja głowa dotknęła poduszki.
Dobry wieczór, dzień dobry, moje kochane liski! Jako że mamy jesień, u niektórych już spadł śnieg, ale u mnie wciąż w lasach znajdują się piękne, złote liście, postanowiłam wybrać się ostatnio na spacer. Chodząc po lasku, kiedy otaczał mnie szum liści, wpadłam na pewien pomysł. Jest nim właśnie „Wir złotych liści”, który pragnę wam przedstawić. C: Wiem, że zarówno ten, jak i połowa następnego rozdziału, są i będzie niesamowicie nudny, ale potem się rozkręci, obiecuję!Także mam nadzieję, że ktoś ze mną zostanie. .w.A tymczasem łaskawie, niczym Pan-da Biała, proszę o komentarze. Co myślicie o bohaterach, których jeszcze do końca nie znacie, o zarysie historii, o relacjach. Przyjmę wszystko na klatę!